Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje recenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą moje recenzje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 maja 2018

Recenzja książki pt. "Papiernik"

W Kulturze Liberalnej nr 487 ukazała się moja najnowsza recenzja:


































„Jestem Papiernikiem. Pracuję w pustej wieży. Opiekuję się papierem i jego historiami”.
Tak rozpoczyna się obrazkowa opowieść samotnego bohatera, który z kawałka papieru pieczołowicie składa figurkę przypominającą ptaka i mówi: „Przygotowuję go do lotu. Wypuszczam rankiem”.

Kiedy wstaje dzień, Papiernik wspina się po tysiącu stromych schodów na wysoką wieżę, aby wypuścić z rąk swoje papierowe dzieło razem z innymi podobnymi mu papierowymi ptakami. Następnego dnia, gdy wracają, wyłapuje je i „słucha opowieści, które mu przynoszą, i szuka takich, których jeszcze nikt nie opowiedział”. Czynność tę powtarza każdego dnia. „Praca jak praca.”
Na kilku pierwszych stronach książki pt. „Papiernik, czyli skąd się biorą opowieści” autor zarówno tekstu, jak i ilustracji, krakowski malarz Roch Urbaniak, snuje melancholijną komiksową opowieść. Jej nietypowy, intrygujący bohater o smutnej, ale pociągającej fizjonomii, wykonuje zajęcie z pozoru dość nudne i żmudne, ale tak naprawdę niezwykle ciekawe i trochę romantyczne. Otóż jest on strażnikiem opowieści, które codziennie zbiera, sortuje i pielęgnuje. „Nad ranem trzeba zebrać wczorajszy urobek. Papier, kiedy wraca z opowieściami, jest ospały. Inaczej nigdy bym go nie wyłapał”. Tytułowy Papiernik lubi swoją misyjną pracę, w której trzeba być „jak rybak, który nigdy nie wie, co wyłowi, gdy zarzuci sieci. Lewiatana czy garść piasku? Zazwyczaj jest tylko piach. Czasami przemieszany z echem pierwszej opowieści. Ale czasami trafi się furtka do całkiem innego, nowego świata…”.

I rzeczywiście w książce znajdujemy czternaście niezwykłych i niebanalnych historii z metafizycznym tłem i filozoficznym morałem. Wystarczy przeczytać tytuły niektórych z nich, by zorientować się, że mamy do czynienia z ciekawą malarską wyobraźnią autora tekstów: „Studium w turkusie”, „Pasterze chmur”, „Sny o morzu i powietrzu”, „Twierdza jaskółek”, „Złodzieje gwiazd”.
Mnie osobiście zachwycają malarskie przedstawienia tych niesamowitych opisywanych światów. Ilustracje w tej książce to fantastyczne obrazy pełne melancholii, wysmakowanego koloru i dopracowanych szczegółów.
Przyglądam się im z ogromną przyjemnością i widzę:

- Turkusową lagunę z górującą nad nią niesamowitą twierdzą i wspaniałą konstelacją nocnych ryb na ciemnym nieboskłonie.
- Latające miasto unoszone przez ogromne balony i machino-turbiny.
- Skalny pejzaż, miasto wydrążone w wodnych skałach ozdobionych amonitami z zielonymi słonecznymi łąkami.
- Gotycką filigranową twierdzę odbijającą się w tafli wody pełnej morskich mieszkańców: wielorybów i przeróżnych rekinów.
- Morskie błękitne walenie fruwające po niebie z magicznymi miastami na grzbietach.

Fantastycznych, cieszących oko obrazów i zaskakujących przedstawień można znaleźć w tej książce naprawdę wiele, są tu smoki i węże i wiele innych niesamowitych stworzeń. Pod względem malarskim publikacja jest absolutnie wyjątkową pozycją. Pod względem wyobraźni autorskiej również. Niestety szczerze przyznam, że nie udało mi się bez wysiłku i samodyscypliny dobrnąć do ostatniej kropki tekstu. Wielka szkoda… Wydawco! Utrudnił mi to układ typograficzny, tekst komponowany ciasno, z wąską interlinią, bez marginesów. Taki układ szybko męczy oczy i zniechęca do czytania. Szkoda, bo książka ma wielki potencjał, opowieści są fantastyczne, a obrazo-ilustracje z najwyższej półki.

piątek, 11 maja 2018

Bałwan w lodówce

W Kulturze Liberalnej nr. 475 ukazała się  moja recenzja książki "Bałwan w lodówce"


































„Trzeba się uważnie przyglądać obrazom, rzeźbom i fotografiom, wtedy można w nich odkryć dużo ciekawych historii”.

Kiedyś Mała Ja przyglądała się obrazom wiszącym na ścianach. Były tam żółte słoneczniki w wazonie z napisem Vincent, był Napoleon na skaczącym koniu, ładna pani karmiąca małego psa, rzeka płynąca pośród jesiennych brzózek, stary siwy zmartwiony pan w niebieskim sweterku, podwórko z bawiącymi się dziećmi, duży dom z wielkim tarasem. Mała Ja wyobrażała sobie, w co bawią się dzieci na tej fantastycznie ukwieconej łące: w chowanego czy w berka? Czy mieszkają w tym wspaniałym domu z tarasem i kamienną balustradą na drugim obrazie? Czy ich dziadek to pan w niebieskim sweterku? I czy zawsze jest taki smutny? Czy ich tata ma na imię Vincent, a słoneczniki w wazonie nigdy nie więdną? Mała Ja patrzyła i wymyślała historie, i nigdy się nie nudziła. Obrazów przybywało, a wraz z nimi nowe opowieści. To był czas, kiedy wujek Małej Ja intensywnie przygotowywał się do egzaminów wstępnych na Akademię Sztuk Pięknych i kopiował wszystko, co mógł przerysować i przemalować z marnych reprodukcji w starych albumach. Mała Ja uwielbiała jego pokojo-pracownię, stawała na palcach, nos ledwo opierała na stole i wdychała zapach oleju i terpentyny. Mała Ja wgapiała się w ścianę oblepioną świeżutko śmierdząco-pachnącymi werniksem kolorowymi płótnami. Mała Ja dorosła, sama malowała, odwiedzała galerie rozsiane po świecie i odnajdywała w nich swoje historie z dzieciństwa, ale już w oryginale.

Jak wiele szczęścia mają dzieci urodzone w rodzinach artystycznych, gdzie sztuka to najzwyklejsza normalność towarzysząca codziennemu życiu! Wzrastając w takiej atmosferze, wiele rzeczy wiedzą same z siebie, w odróżnieniu od rówieśników, którzy (jeśli będą mieć szczęście) dopiero się tego nauczą. Uświadomiłam to sobie w momencie, kiedy nauczycielka wuefu zadała moim dzieciom pytanie, czy ich matka-artystka potrafi ugotować obiad i co one właściwie jedzą. Poczułam się, jakbyśmy byli z innej planety, ale prawda jest taka, że ta pani nic nie wiedziała, a sztuka dla niej to jakaś najodleglejsza obcość. Tak, owszem, potrafię ugotować na przykład zupę ogórkową, tak jak mama dwójki dzieci, bohaterów książki „Bałwan w lodówce”. Matylda i Bartek mają w sumie dwanaście lat i wiedzą, że świat można czasami oglądać do góry nogami i namalować w ten sposób obraz. I że to wcale nie pomyłka. Bo czyż sami nie stają na głowie, a świat nie wygląda wtedy inaczej? „A czy wy nie stajecie czasem na głowie? Myślę, że jest mnóstwo powodów, dla których robi się różne rzeczy do góry nogami. Do góry nogami, czyli na odwrót. Artyści szczególnie się tym interesują”.
Tak właśnie jest. Artyści robią czasami coś na odwrót – po to, żeby zaprotestować albo żeby ukazać coś w innym świetle. By inni zaczęli się zastanawiać nad tym, że na przykład trzeba coś naprawić. Artyści pomagają widzieć i wiedzieć więcej, przełamują tabu, zmuszają do myślenia.

Matylda i Bartek to dzieci wychowywane wśród obrazów i eksponatów, ponieważ ich tata pracuje w galerii. „Dzięki temu, że tata pracuje w galerii, rodzice mają dużo znajomych artystów. Niektórzy z nich mają dzieci, z którymi się bawimy. Rysujemy razem albo ganiamy się po galerii, bo jest w niej mnóstwo miejsca”. Życie artystów i ich dzieci jest w zasadzie zupełnie normalne, a zajmowanie się sztuką to ich zawód. Jeśli Ty, Drogi Rodzicu, który właśnie czytasz tę recenzję, tego nie wiesz, to właśnie się dowiedziałeś, a jeśli twierdzisz (jak wielu innych), że nie znasz się na sztuce i nie wypowiadasz się na ten temat (bo nie wiesz, co powiedzieć), to proponuję kupić książkę „Bałwan w lodówce”, żeby nieco oswoić się z tematem, zrozumieć i dokształcić. Pomogą Ci w tym Matylda i Bartek. Dzięki nim dowiesz się, kto zasłynął z malowania obrazów do góry nogami, i że jest to niemiecki artysta „malujący szybko i z wielką energią, a oprócz pędzli używa własnych palców”, że „ malowanie to dla niego czynność pełna emocji, a te emocje są nawet ważniejsze od tematów, które maluje”.

Książka napisana przez Łukasza Gorczycę – współtwórcę galerii Raster, obecnie jednej z najważniejszych prywatnych instytucji kultury w Polsce – jest ciepła, zabawna i przystępna. Czytelnik dowie się z niej, dlaczego artystki i artyści oprócz malowania obrazów, rzeźbienia i fotografowania mają tak zaskakujące pomysły, jak na przykład: robienie fikołków w pociągu, przejażdżki złotym autobusem, budowanie domków z koców i krzeseł czy trzymanie w lodówce wielkiego śniegowego bałwana!
„– Czy to prawdziwy bałwan? Ze śniegu? – zapytał Bartek.
– Tak, to mój bałwan – odpowiedział Oskar. – Trzymam go tu, bo latem jest mu za gorąco, więc roztopiłby się, gdyby siedział teraz w pokoju.
– Czy możemy go dotknąć? – zapytał Bartek w tym samym momencie, w którym i ja o tym pomyślałam.
– Możecie, ale delikatnie, bo teraz śpi.
– Dlaczego śpi?
– Bo bałwany latem śpią – odpowiedział Oskar”.
Dlaczego nie przedłużyć życia zimowemu bałwanowi, tak jak zadbał o to artysta-performer Oskar Dawicki? „Performer to taki artysta, który na żywo przed widzami robi różne wymyślane przez siebie rzeczy. (…) Oskar (…) chętnie się chowa, a nawet znika. (…) Raz zakradł się nocą do sadu i nadgryzł wszystkie jabłka z jednego drzewa, (…) zorganizował też loterię, w której nie można nic wygrać, bo każdy los jest przegrany. Oskar uważa, że trudniej i mądrzej jest nic nie robić, niż zrobić za dużo. A najważniejsze według niego to umieć ładnie przepraszać”.

O takich i innych ciekawych ideach jest ta książka. To swego rodzaju przewodnik oswajający słowo „artysta-performer”. Dzięki niemu można poznać takich współczesnych twórców, jak: Georg Baselitz, który maluje obrazy do góry nogami; Paweł Althamer, który „założył na swoim osiedlu park z rzeźbami, a nawet rajski ogród”; Joanna Piotrowska, która „fotografuje, żeby pokazać, że nawet dorośli się boją albo wstydzą”; Oskar Dawicki, który twierdzi, że trzeba „umieć pięknie przepraszać”; Klara Liden, która ze zużytych rzeczy „tworzy swoje własne, dzikie miasto”; Władysław Hasior – rzeźbiarz, który wystawy „urządzał nie tylko w galeriach, ale i na łąkach”; Marina Abramowić i Ulay, którzy „do swoich artystycznych działań używali własnych ciał”; Aneta Grzeszykowska, która „szyje duże wełniane lalki, które wyglądają jak najprawdziwsze małe dziewczynki”; Roman Opałka, który „malował obrazy liczone”; Edward Krasiński, który „lubił zaznaczać swoją obecność za pomocą cienkiej, niebieskiej taśmy samoprzylepnej”; Julita Wójcik, która „często udaje, że nie jest artystką. W galeriach i muzeach wykonuje zwyczajne, domowe czynności: obiera ziemniaki lub robi na drutach”.
Po książkę może sięgnąć bez obaw każdy przeciętny dorosły człowiek, który na co dzień niewiele ma ze sztuką wspólnego, a chce zorientować się, co się w niej obecnie dzieje i przeżyć ze swoim dzieckiem wspaniałą artystyczną przygodę.

Polecam! Bardzo ciekawa lektura.
Mama, czasem artystka, która umie ugotować zupę ogórkową na odwrót, do góry nogami.


środa, 13 grudnia 2017

"Co kryje ciało". "Biblia", czy "Gwieździsta noc Vincenta"?


W najnowszej Kulturze Liberalnej nr. 465, ukazały się rekomendacje książek na prezenty świąteczne. Wśród nich trzy moje recenzje.



Oto fantastyczna książka dla każdego detektywa, odkrywcy, ciekawskiego biologa, zapalonego laboranta czy wyposażonego w super-ekstra gadżeciarski zestaw małego lekarza.
Dzieci uwielbiają gadżety i właśnie „Co kryje ciało?” bez trzech magicznych kolorowych szkiełek nie byłoby czymś tak absolutnie fascynującym!
Na pierwszy rzut oka to książka jasna, wysmakowana graficznie z tysiącem drobnych czerwono-niebiesko-żółtych linii i kreseczek przenikających przez siebie i tworzących większe formy graficzne. Rysunki przybierają postać coraz bardziej identyfikowalnych obiektów, takich jak mikroskopijne komórki, bakterie, język, aż po większe fragmenty ludzkiego ciała. Graficznie od pierwszej do ostatniej strony obserwuje się subtelną opowieść o tym, jak wygląda ciało na zewnątrz i co kryje w środku. I choć książek o podobnej tematyce na rynku jest wiele, to TA z pewnością jest TĄ wyjątkową, którą czyta się i odkrywa na cztery sposoby:
Pierwszy: oglądanie i czytanie. Drugi: oglądanie przez gadżet numer 1, zielone szkiełko, dzięki któremu obserwuje się ciało widziane z zewnątrz. Trzeci: oglądanie przez gadżet numer 2, niebieskie szkiełko, dzięki któremu oczom ukazują się tysiące szczegółów. Czwarty: oglądanie przez gadżet numer 3, czerwone szkiełko, dzięki któremu odkrywa się tajemnice „tego niezwykłego mechanizmu, jakim jest ciało”.
Ale najpiękniejszą opowieść, ukrytą w rysunkowych deseniach, zobaczyć można, jedynie zerkając przez szkiełko czerwone. Oczom ukazuje się historia wyjątkowej komórki ludzkiej w brzuchu matki. Zobaczyć to książkowe cudo naprawdę warto!

**********************************


 Co jakiś czas w moim życiu powraca problem zakupu Biblii dla dzieci na urodziny, chrzciny czy komunię. Celowo używam tu słowa PROBLEM, ponieważ w zalewie tandetnie ilustrowanych historii Nowego Testamentu produkowanych masowo szczególnie w okresie majowym, naprawdę trudno wybrać coś interesującego i na poziomie. Nie mówiąc już o deficycie starotestamentowych bajek i w zasadzie braku takiej oferty na polskim rynku.
A tu proszę, nareszcie trzymam w ręku niezwykły obiekt: dużą, grubaśną księgę z zabawnymi rysunkami na okładce i napisem: „BIBLIA, wielkie opowieści Starego Testamentu”.
Autorzy, Frédéric Boyer i Serge Bloch, proponują dzieciom i ich rodzicom, „starszym i młodszym, laikom i znawcom Biblii” coś zupełnie niespodziewanego. To opowieści od momentu stworzenia świata, historii Adama i Ewy, Abrahama, Mojżesza, po wydarzenia z życia Daniela, który wrzucony do jaskini lwów, wychodzi z niej żywy, bo „ten, kto wierzy w Boga żywego, poskramia bestie”.
Teksty podane są tu w sposób nieskomplikowany, zwięzły, prosty, często z nutką humoru, który potęgowany jest przez niezwykle wysmakowane, oszczędne w kolorze rysunkowe ilustracje Serge’a Blocha. Jest co oglądać i kontemplować!
Rodzicom zwracam uwagę na komentarze umieszczone po tekstach przeznaczonych dla dzieci, bo warto wiedzieć więcej.
Niezwykłe przesłanie z ostatnich stron tego dzieła daje czytelnikowi nadzieję na kontynuację: „Zachowaj księgę do samego końca. Czas księgi to czas zrozumienia. A ten, który przyjdzie, nie będzie ani wodzem, ani prorokiem, lecz Synem Człowieczym”.

**********************************


Ta książka to literacki spacer w czasie w poszukiwaniu znakomitych dzieł malarskich i rzeźbiarskich. Autor Michael Bird i ilustratorka Kate Evans przenoszą czytelnika w świat sztuki. W tej swoistej dziecięcej biblii poświęconej artystom, obrazom i rzeźbom znaleźć można człowieka-lwa sprzed ponad 40 000 lat, prehistoryczne malarki odbijające dłonie na skałach, terakotową armię chińskich wojowników Xian, portret małżonków Arnolfinich namalowany sześćset lat temu przez Jana van Eycka, dzieła francuskiej rewolucji, impresjonistów, kubistów, dadaistów i wielu, wielu innych twórców.
Tytuł książki na pewno zachęca do kupienia, bo nie ma chyba osoby, która nie znałaby obrazu ze słonecznikami Van Gogha. Obecnie to jedno z najdroższych dzieł świata, czego autor nie mógł przewidzieć, tworząc je przed stu trzydziestu laty. „Martwił się, że niczego w tej dziedzinie nie osiągnie. Tylu rzeczy jeszcze nie potrafił”.
W książce znajdujemy ogrom ciekawych historii i osób. Mnie – jako malarce – najbliższe są opowieści o kobietach. O impresjonistce Berthe Morisot, której marszand proponował większe honoraria niż innym malarzom mężczyznom. O Camille Claudel, młodej, genialnej rzeźbiarce, której „postacie były tak delikatne i pełne życia – jakże różne od rzeźb Rodina”. O Fridzie Kahlo, która „czasem lubi swoją twarz, a czasem nie może znieść jej widoku”.
Polecam wszystkim tę obszerną historię sztuki dla dzieci. Trzeba ją mieć! Żal mi tylko, że to kolejny przedruk z francuskim punktem odniesienia, a nie rodzimy wybór.



poniedziałek, 13 listopada 2017

DZIWOLĄGI / recenzja książki


Po dużej zielonej okładce wypełnionej malunkami dorodnych sosen i ukrytych między nimi wiewiórek, nie spodziewałam się, że „Dziwolągi” – książka dla dzieci wydana w oryginale w 2013 roku – może być ciekawą odpowiedzią na polską ustawę o wycince drzew i krzewów z 2017 roku. Ustawa doprowadziła w całej Polsce do niekontrolowanego wyrębu drzew w miastach i wycinki całych połaci lasów, na przykład w Puszczy Białowieskiej. I choć wielu głośno protestowało w internetach i na ulicach, to niestety ekologom, miłośnikom przyrody czy matkom karmiącym nie udało się przekonać tnących i rąbiących do zmiany stanowiska. Dla sporej grupy społeczeństwa wydawali się jakimiś dziwolągami wykrzykującymi coś na temat zaprzestania wycinki drzew. Zastanawiałam się wtedy, skąd ta nienawiść do drzew i przekonanie, że trzeba wyrąbać ich jak najwięcej i jak najszybciej. A znikały z mojej okolicy jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Serce mi się krajało, kiedy przez kilka dni słyszałam ryk pił łańcuchowych, czułam smród benzyny i dostrzegałam kolejne łyse pnie zdrowych, olbrzymich kasztanowców. Cóż, jedni nie wsłuchują się w głosy drugich i mimo nowelizacji tzw. ustawy lex Szyszko zaostrzającej nieco przepisy, nic już nie wróci tysięcy wyciętych w pośpiechu, czasem po prostu z głupoty, drzew.
Ale nie o politykowanie mi tu chodzi, tylko o refleksję. To ma być po prostu recenzja książki dla dzieci. Czytaj więcej...

wtorek, 10 października 2017

KOŚCISKO - recenzja książki i FERDYNAND WSPANIAŁY

W październikowym numerze Kultury Liberalnej ukazała się moja recenzja pt.:

Duchy, upiory i umrzyki. O komiksie „Kościsko” Karola KRL Kalinowskiego

 

Komiks „Kościsko” zdobył tytuł Najlepszej Polskiej Książki dla Dzieci Roku 2016. W pełni zasłużenie. Ta czarno-biała opowieść graficzna, która garściami czerpie inspiracje z mitologii słowiańskiej i ze świata popkultury, wciąga czytelnika jak dobry film noir.

 

 

Muszę przyznać, że z ogromnym zaciekawieniem sięgnęłam po tę pozycję. Zdradzę też, że miałam ku temu całkiem prywatne powody. Po pierwsze dlatego, że „Kościsko” zostało nominowane do wręczanej po raz pierwszy Nagrody im. Ferdynanda Wspaniałego dla Najlepszej Polskiej Książki dla Dzieci Roku 2016, przyznawanej w ramach Festiwalu Literatury dla Dzieci, z którym wiele mnie łączy. Po drugie decyzją kapituły zwyciężyło, a na ręce autora Karola Kalinowskiego trafiła ceramiczna statuetka psa Ferdynanda, którą pieczołowicie lepiłam z gliny, starając się jak najlepiej oddać rysy tego znanego bohatera Kernowskich psich opowieści. Było mi naprawdę bardzo miło, kiedy podczas gali, przy gromkich oklaskach i dziecięcej wrzawie, autor trzymał statuetkę Ferdynanda, a ja z błogością pośród tłumu dzieci i rodziców wsłuchiwałam się w słowa laudacji, które brzmiały mniej więcej tak:
Dlaczego „Kościsko”?
Bo dobra,
bo wciągająca,
bo komiks, a tych ciągle mało.
Bo jest czarno-biała, a budzi kolory.
Bo straszy, tam gdzie powinna straszyć i śmieszy, tam gdzie powinna śmieszyć.
Bo Jaćwież i jej mity.
Bo jest w niej biblioteka, a biblioteki są najważniejsze.
Bo superman się przejadł, a leszy nie.
Bo czytać ją mogą i mali i duzi.
Bo traktuje czytelnika poważnie, nie dydaktyzuje i nie poucza.
Bo mimo tego jest mądrą książką o ważnych rzeczach.
Bo jest bardzo, bardzo dobra!
Czytaj dalej

*********************************************************

Karol KRL Kalinowski, jako gość specjalny - zwycięzca nagrody im. Ferdynanda Wspaniałego, był właśnie na ubiegłotygodniowym Festiwalu Literatury dla Dzieci w Poznaniu. A przybyli na jego spotkanie młodzi Czytelnicy mogli poznać tajniki rysowania komiksu. Więcej czytaj na stronie Festiwalu Literatury dla Dzieci...




 *********************************************************

A ja poniżej w fotorelacji - zdradzam tajniki powstawania statuetki Ferdynanda Wspaniałego, która trafiła po raz pierwszy, jako nagroda za Najlepszą Książkę Roku 2016 w godne ręce.

Proces powstawania trwał kilka tygodni. Najpierw szkic, potem rzeźba w glinie ceramicznej, trzeba było pamiętać o tym, żeby rzeźba w środku była pusta, a ścianki w miarę chude, by przy wysychaniu i wypalaniu nie pękły. Potem schnięcie około trzech tygodni. Potem wypał w piecu ceramicznym. Potem nałożenie szkliw, potem kolejny wypał. Na koniec deseczka pod statuetkę pomalowana we wzory z oryginalnej okładki książki Ferdynand Wspaniały. Rzeźby powstały trzy. Jedna na wszelki wypadek, gdyby coś w procesie wypalania poszło nie tak. No i niestety jeden z Ferdynandów stracił w piecu ucho, więc do niczego się nie nadawał. Dwie pozostałe figury Ferdynandów miały trafić w ręce autora i ilustratora, ale tym razem kapituła wybrała i nagrodziła książkę autorską - komiks "Kościsko", gdzie ilustracje i tekst wyszły spod ręki jednej osoby.

















środa, 4 października 2017

Recenzja książki "Miastonauci" w KL



Miastonauci” to wielkoformatowa książka bez tekstu i narracji słownej. Autorem scenariusza i siedmiu akwarelowych ilustracji składających się na całość opowieści jest Tytus Brzozowski, architekt i akwarelista. Tytuł to zgrabna kombinacja słów nawiązujących do miasta i astronautów, bo rzeczywiście nawiązań do polskiej architektury znajdziemy tu wiele, a postacie pojawiające się w kolejnych otwarciach książki obdarzone są nadprzyrodzonymi zdolnościami. Jak jacyś kosmito-astronauci potrafią unosić się nad ziemią, trzymając w ręku zaledwie parasol lub kolorowe balony, lewitować na zielonych fragmentach trawnika, kostkach do gry, i zgrabnie przeskakiwać pomiędzy budynkami, balkonami czy dachami zabudowań.
Po pierwszym obejrzeniu książki nasuwa się skojarzenie z twórczością surrealistów, a szczególnie z obrazami belgijskiego malarza Renė Magritte’a, który upodobał sobie lewitujące lub spadające niczym krople deszczu postacie w melonikach na tle błękitnego, zasnutego białymi chmurami nieba, unoszące się ponad scenerią miasta. Fruwające głowy, kapelusze, skały i gołębie to ulubione motywy tego wielkiego artysty. Zamysł autora „Miastonautów” wydaje się podobny. I tu wyróżnić można ulubione tematy autora, jakimi są syntetyczne postacie podobnych do siebie ludzi, nienaturalnie olbrzymie ptaszyska przypominające morskie mewy, pingwiny unoszące się nad budynkami, fruwające w powietrzu plażowe piłki, kostki do gry i płytki domina. Odnajdziemy inspiracje nie tylko architekturą polskich miast, ale również krajobrazu. Zauważymy wieże Zamku Królewskiego na Wawelu, fragmenty katedry z poznańskiego Ostrowa Tumskiego, wrocławską wieżę kościoła św. Elżbiety, element z Dworca Głównego w Gdańsku, wieżę Zamku Królewskiego w Warszawie czy gotycką archikatedrę stolicy. Pomiędzy bogatą zabudową surrealistycznego miasta suną czerwone nowoczesne tramwaje i wagony pociągu linii PKP. czytaj więcej w KL

czwartek, 18 maja 2017

„Praktyczny pan” - książka nominowana do nagrody im. Ferdynanda Wspaniałego

"Praktyczny pan" to książka wydana nakłademWydawnictwa Bajka, autorstwa Roksany Jędrzejewskiej-Wróbel, we wspaniałej oprawie graficznej Adama Pękalskiego.
To moja ulubiona książka dla dzieci ubiegłego roku.
Zresztą kilka tygodni temu napisałam o niej recenzję w marcowym, 426 numerze Kultury Liberalnej,
w artykule pt. "Perfekcjonizm leczony kotem".

 

Dwa dni temu pisałam o Nagrodzie im. Ferdynanda Wspaniałego. I właśnie ta książka, pośród wielu innych, została nominowana do konkursu przez pisarkę, tłumaczkę i radiowca Barbarę Gawryluk.
Na stronie Festiwalu Literatury dla Dzieci czytam uzasadnienie:

☞ Zaskakująca opowieść o antypatycznym bohaterze, który po znalezieniu sposobu na swoje przywary zupełnie się zmienia. Historia o tym jak ważne jest towarzystwo kogoś bliskiego i co w życiu każdego z nas może zmienić zwierzę, w tym przypadku kot. Mądra i bardzo śmieszna książka, znakomicie pokazująca absurdy, których często jesteśmy świadkami, a które również pilnie obserwują dzieci. Punkt wyjścia do rozmowy międzypokoleniowej.

ZAGŁOSUJ KONIECZNIE!

A ja polecam tę książkę, cytując mój artykuł:

„Praktyczny pan” to rzecz o samowyobcowaniu we współczesnym świecie, o potrzebie bliskości, powoli rodzącej się przyjaźni człowieka z kotem i o nieoczekiwanych zmianach: „zupełnie, całkowicie i okropnie niepoważnych”. 

W recenzji znajdziecie informacje nie tylko dotyczące samej książki, ale też o fantastycznych twórcach, którzy zainspirowali jej ilustratora - Adama Pękalskiego. Mam tu na myśli Le Corbusiera, Kandinskiego, Pieta Mondriana oraz innych twórców De Stijl i Bauhausu.

piątek, 12 maja 2017

Jadą, jadą misie... i inne książko-zabawo-piosenki dla dzieci. Hopsa sa, hopsa sa :)

W Kulturze Liberalnej ukazała się moja ostatnia recenzja serii książek dla dzieci od 0 do 3 lat, wydanych w ostatnich latach nakładem Wydawnictwa Muchomor.



































Piszę w niej o zabawach z dzieciństwa, śpiewaniu, ilustracjach Agnieszki Żelewskiej i o dwóch fantastycznych kobietach, dzięki którym kilka krótkich, zabawnych tekstów weszło do polskiego kanonu piosenki przedszkolnej.

Mowa tu o:
Barbarze Stefanii Kossuthównej i Zofii Rogoszównej. Pierwsza z nich, pisarka i poetka, przez lata była nauczycielką matematyki i geografii związaną z Warszawą, Kielcami i Chicago, gdzie uczyła dzieci pracowników konsularnych. Druga, poetka i etnografka, jako pierwsza zapoczątkowała zbieranie literackich elementów ludowego folkloru i adaptowanie ich w literaturze dla dzieci.

Zachęcam, czytajcie artykuł w: Kultura Liberalna nr. 345, 8 maj 2017

************************************************************************************

A oto dwie wyżej wspomniane Panie:

Barbara Stefania Kossuth (1887-1974) –  poetka i prozaiczka. Autorka znanych wierszy śpiewanych przez dzieci, takich jak: "Jadą , jadą misie, hop sa, hopsa sa. Śmieją im się pysie, hop sa, hopsa sa". Czy: "Zima, zima, zima, pada, pada śnieg".




Zofia Rogoszówna (1881-1921) – poetka i tłumaczka, zafascynowana folklorem. Dzięki niej znamy dziś zabawę: "Sroczka kaszkę warzyła, dzieci swoje karmiła: Pierwszemu dała na miseczce, drugiemu dała na łyżeczce, trzeciemu dała w garnuszeczku, czwartemu dała w dzbanuszeczku, a piątemu łeb urwała i frrrrrr... do lasu poleciała".